Along Mulholland Drive nothing is what it seems

Nasza przygoda z Kalifornią zaczyna się od podróży wzdłuż granicy z Meksykiem z Phoenix do San Diego. Przed wyruszeniem w drogę* zakładaliśmy się o liczbę kontroli jakie przyjdzie nam odbyć ale na szczęście obyło się na jednej, i to słownej. Do motelu dotarliśmy, jak zwykle, późno w nocy.

Tak jak wcześniej mówiliśmy sobie by zawsze tankować samochód do pełna przed wyjazdem tak teraz kompletnie zapomnieliśmy i przeżyliśmy chwile grozy nie mogąc znaleźć żadnej stacji przez ponad 80 mil, by w końcu dojechać praktycznie na oparach. Nie brakowało natomiast zakładów karnych, których mijaliśmy przynajmniej trzy.

Po odespaniu podróży postanawiamy odwiedzić San Diego Zoo znane z tego, że jest fajne. Ogród jest naprawdę duży i może się pochwalić sporą różnorodnością gatunków zwierząt tam żyjących. Mnie najbardziej zachwyciła swoboda jaką są obdarzone przebywające tam papugi – nie dane jest im siedzieć w klatkach, a latają sobie luzem po całym terenie. Inne ptaki nie mają tak dobrze, ale ptaszarnie w jakich się znajdują są bardzo przestronne, nie ograniczając zbytnio swobody latania i przy okazji tworząc swoisty ekosystem.

Następnego dnia chcemy trochę zwiedzić San Diego. Jest 11 listopada i okazuje się, że świętuje się tu Veterans Day. Bulwary w centrum miasta są niestety pozamykane ze względu na paradę, więc zamiast tego odwiedzamy USS Midway Museum – lotniskowiec pełen samolotów i helikopterów z dostępem do wielu pomieszczeń pod pokładem. W jednej z kajut oficerskich znajduje się całkiem śmieszna tabliczka z napisem A Chief is always right. He may be misinformed, inexact, bullheaded, fickle, ignorant, even abnormally stupid, but never wrong., która chyba doskonale przedstawia zwyczaje panujące na pokładzie. Zgłodniali po zwiedzaniu kierujemy się do restauracji Top of the Market przy samym wybrzeżu. Okazuje się ona dość wykwintna. Zamawiam yellowfish, której to nigdy w życiu nie jadłem. Świetnie podana i pyszna porcja ryby jak na tego typu przybytek nie jest mała i daje się nią najeść. Lokal jest drogi, ale godny polecenia.

Z San Diego wyruszamy w rejony Los Angeles. Spędziliśmy tam parę dni, głównie w rejonach Hollywood i tytułowym Mulholland Drive. Odwiedzamy też genialne muzeum Getty Center umiejscowione na wzgórzu z widokiem na całe LA. Jedną z dłużej wyczekiwanych rozrywek był też koncert zespołu Unida założonego przez wokalistę grupy Kyuss, a który odbywał się w legendarnym w klubie Whisky a Go Go na Sunset Boulevard w West Hollywood.

Do końca nie wiem jak to się stało, ale nie mogę znaleźć żadnego zdjęcia z Los Angeles – jak mi się uda to tu dodam. Mam też parę filmów z przejażdżek po Mulholland Drive, ale muszę je pierw wyedytować – zapewne niebawem pojawi się aktualizacja tego wpisu. Mam za to kilka fotek z krótkiego odpoczynku w Malibu.

W delikatnym pośpiechu jedziemy do Santa Barbara. Urokliwe miasto o ciekawej architekturze downtown – w 1925 roku zostało prawie doszczętnie zniszczone przez trzęsienie ziemi i odbudowane w przeżywającym wtedy renesans stylu hiszpańskiej architektury kolonialnej oraz co nieco art déco. Wchodzimy do wąskiego zaułka, który tam nam przypadł do gustu, że zostajemy tu na późny lunch – ja biorę pyszne taco z wołowiną i niesamowitym sosem guacamole, a Wojtek (o ile dobrze pamiętam) sałatkę.

Na koniec dnia wpadamy na Pismo Beach nawdychać się świeżego morskiego powietrza i przy okazji obejrzeć zachód słońca. Na zdjęciu Wojtek idzie stawiać sprzęt.

Każdy kto się po tym wpisie spodziewał czegoś innego niech spojrzy jeszcze raz na tytuł. ;)

cdn.

Leave a Reply