Arizona

Przygodę z Arizoną rozpoczęliśmy z wykorzystaniem punktu widokowego Wahweep z panoramą rozpościerającą się na ogromne Lake Powell, o powierzchni całkowitej dwukrotnie większej od Krakowa.

Nie będę się nad nim jednak skupiał, gdyż poza faktem, iż znajduje się ono na środku pustyni, nie jest ono szczególnie widowiskowe, a większa jego część znajduje się w Utah. Zdjęcie poglądowe na przystań i jego część widoczną z Wahweep znajdziecie poniżej. Niewiele dalej zatrzymaliśmy się na obiad w miasteczku Page, położonym tuż obok elektrowni wodnej przy tamie na rzece Kolorado w kanionie Glen. Miejscowość nie ma raczej nic ciekawego do zaoferowania, a o obiedzie w Pizzy Hut najlepiej będzie chyba jak najszybciej zapomnieć.

Dalej ruszyliśmy już bez znaczących przerw w kierunku Flagstaff. Zaplanowaliśmy tam przenocować i zrobić sobie bazę wypadową do Wielkiego Kanionu Kolorado, pomijając kompletnie to co w nim i jego najbliższych okolicach się znajduje – a trzeba było chociaż zwiedzić słynne chyba Obserwatorium Lowella.

Do Wielkiego Kanionu zawitaliśmy dość w pośpiechu i w zasadzie bez pomysłu. Skorzystaliśmy jednak z otrzymanej przy wjeździe broszury i rozpoczęliśmy krótką wędrówkę chyba najłatwiejszym szlakiem jaki był, idąc po krawędzi kanionu. Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się, że ów będzie tak gigantyczny! Widziałem mnóstwo zdjęć z tego miejsca, ale nie wyobrażałem sobie tego w ten sposób. Nie ukrywam też, że chciałbym kiedyś wybrać się na jedną z wielodniowych wędrówek po kanionie wzdłuż wyznaczonych tu szlaków. Latające tu ogromne kruki wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie – fajnie byłoby podziwiać to dzieło natury z lotu ptaka.

Z Flagstaff suniemy po serpentynach krętej drogi w dość zalesionym kanionie Oak Creek. Trasa jest świetna i jazda nią sprawiła mi niesamowitą frajdę – nawet wtedy, gdy trzeba było się wlec za jakąś ciężarówką. Przejażdżkę tędy wybraliśmy głównie dlatego, by po drodze do Phoenix zatrzymać się w niewielkiej miejscowości Sedona. Miasteczko jest bardzo, ale to bardzo małe, jednak nie można mu odmówić malowniczości, a klimat tego miejsca najlepiej niech odda napis głoszący: On this site in 1897 nothing happened. Popularność tego miejsca może nieco dziwić przeciętnego europejczyka, ale będąc już jakiś czas w stanach zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić.

Przed przyjazdem do Phoenix wyczytałem, że jest to najgorętsza metropolia w Stanach Zjednoczonych. Na miejscu okazało się, że stwierdzenie to nie było na wyrost: czujnik temperatury zamontowany w samochodzie wskazywał temperaturę zewnętrzną nieznacznie przekraczającą 100°F, czyli około 38°C, a przecież dopiero co kilka dni wcześniej w Yellowstone można było z niego odczytać temperaturę dwudziestu fahrenheitów, tj. w granicach -6–7°C. A toć był to początek listopada! Wariactwo.

Pobyt tu upływa nam w dość leniwy sposób, aczkolwiek przez 2 dni z rzędu prawie nie wychodziłem z pokoju motelowego pracując. W międzyczasie postanawiamy zobaczyć nowy film o przygodach Jamesa Bonda zatytułowany Skyfall. Udaje nam się zakupić bilety na premierę tegoż w multipleksie AMC Arizona Center 24. Co ciekawe, seans ma się zacząć 7 minut po północy. Niestety amerykański format daty psuje ten fajny pomysł, gdyż Amerykanie zamiast godziny 0:07, piszą 12:07 AM…

Poniżej kilka zupełnie niepoglądowych kadrów z Phoenix. Na pierwszym fragment parku Papago: wydarta jałowemu terenowi przestrzeń mieści oazę, ogród botaniczny i zoologiczny. Wszystko to razem tworzy niepowtarzalny tropikalny mikroklimat. Park otoczony jest ciekawymi, księżycowymi wręcz, pustynnymi formacjami skalnymi.

Jednego dnia jedziemy z Markiem (do którego przyjechał Wojtek) nad pobliskie Lake Pleasant. Najpierw poznajemy właściciela małej, acz uroczej, kolekcji Mini Cooperów. Następnie Wojtek z Markiem udają się obgadać sprawy biznesowe, a ja w tym czasie zwiedzam chyba każdy zakątek przystani jachtów i motorówek.

W Phoenix poznajemy również Kevina, który jest znajomym Marka i który obiecuje nas zabrać swoim ogromnym pickupem „na strzelanie”, celem odreagowania nienajlepszych nastrojów po ostatnich wyborach prezydenckich. Niestety, z wiadomych przyczyn nie mogę tu przytoczyć komentarzy, które leciały na temat ich wyniku. ;-) Kevin okazuje się niesamowicie sympatycznym człowiekiem. Jedziemy w okolice Table Mesa i w drodze na pustynię Kevin opowiada o jednym ze swoich hobby jakim jest wygrzebywanie informacji na temat dotychczasowych poszukiwań złota w rejonie (a może samym poszukiwaniem skarbów?). Wojtek prawdopodobnie będzie w stanie opowiedzieć o tym coś więcej, gdyż ja się na dłuższą chwilę całkowicie odkleiłem podziwiając przez szybę samochodu pustynne krajobrazy. Ja natomiast na koniec przytoczę dwa jego komentarze, które zapadły mi w pamięć. Jeden dotyczący off-roadu:

Usually, when you’re off-road, you have easy and difficult tracks. However, in Arizona we have 3 kinds of roads: easy, moderate and what the hell was I thinking?.

Oraz przed naszym strzelaniem, gdy opowiadał o broniach, które posiada (a ma ich sporo):

That one you cannot touch. It has an extended clip. I keep this for the bad men which might show up up the hill. In such case I will have 60 rounds of which part of leave me alone you don’t understand.

cdn.