Bryce Canyon

Ponieważ zbytnio nie przemyśleliśmy naszego pobytu w Utah, niejako zmuszeni byliśmy zawrócić, chcąc zobaczyć jeden z bardziej efektownych kanionów w tym regionie: Bryce Canyon.

W piątek, drugiego listopada, wyruszamy z Vegas do Bryce. Duża część trasy przebiega przez Dixie National Forest, który jest dla mnie swego rodzaju fenomenem w tej pełnej kanionów okolicy. Po drodze zatrzymujemy się najpierw by podziwiać Navajo Lake, a chwilę później, w zasadzie losowo, przy Duck Creek Campground. Znajduje się tu szeroki na jakieś dwa, może trzy metry strumień oraz niewielkich rozmiarów jeziorko gdzie zostajemy dłuższą chwilę robiąc zdjęcia.

Do celu docieramy kilka minut po zachodzie słońca, który zastaje nas w drodze do Sunset Point, gdzie zostajemy już do zmierzchu. Po zobaczeniu, jak niesamowite jest to miejsce, postanawiamy wrócić tam na wschód słońca. W drodze do motelu przejeżdżamy przez totalną głuszę. Przed nami rozpościera się niesamowity widok: nigdy w życiu nie widziałem tak wielu gwiazd. Zatrzymujemy się gdzieś na poboczu w lesie, chcąc przyzwyczaić oczy do panującego mroku i ogarnąć to wszystko wzrokiem.

Nocne eskapady, gdzie na postoju boisz się wyjść z samochodu nie wiedząc czy nie będziesz pożarty przez jakiegoś wilka. Gasisz światła, przyzwyczajasz wzrok do ciemności, rozglądasz się, wow – jednak dla tylu gwiazd warto.

Michał Ochman, 4 listopada 2012

Do motelu przyjeżdżamy bardzo późno i niestety zostały nam około trzy godziny snu. Przed piątą nad ranem dojeżdżamy na zaplanowane wcześniej miejsce w kanionie, co oznacza, że do wschodu słońca pozostało nam czekać ponad dwie godziny. W tym czasie postanowiłem rozłożyć statyw i przygotować się do nagrania poniższej sekwencji, a Wojtek w tym czasie chodził po okolicy i próbował robić różne zdjęcia. Niestety noc była bardzo zimna, a ja byłem pozbawiony kurtki, którą zgubiłem gdzieś w Columbus i rękawiczek, których w podróż nie zabrałem. Nie wiem jak dużo jest w stanie znieść ludzki organizm w starciu z mrozem, ale prawdopodobnie niewiele brakowało by odpadły mi skostniałe z zimna palce. Po wejściu do ciepłego samochodu, nie miałem w nich kompletnie czucia przez jakieś 10 minut, a czekało mnie jeszcze prowadzenie przez najbliższe kilka godzin auta. Lekcja na przyszłość: zawsze, ale to zawsze zabierać rękawiczki i czapkę na poranne eskapady. A już szczególnie będąc ponad 2000 metrów nad poziomem morza.

Po rozgrzaniu się jedziemy w objazd po parku. Niestety zdjęcia tego nie oddają, gdyż kolorystyka tego miejsca, a w szczególności odcienie pomarańczu zestawione z kontrastującym błękitnym niebem stanowią nie lada wyzwanie dla matrycy światłoczułej, ale musicie mi uwierzyć, że to co się tam widzi jest na prawdę niesamowite. Przejechanie Scenic Drive nie zajmuje zbyt wiele czasu, a zmęczenie związane z krótkim spowodowało, że nie wybraliśmy się żadnym ze szlaków. Na szczycie czeka na nas Rainbow Point na wysokości 9115 stóp n.p.m. (około 2780 metrów) będący jednocześnie najwyżej położonym punktem jaki odwiedzamy w czasie pobytu w USA.

Po wyjeździe z Bryce mieliśmy szczęście jechać przez drogi wijące się po okolicach Kolob Canyons, które spodobały mi się na tyle, że obiecałem sobie jeszcze tam wrócić. Być może nawet z Wojtkiem, gdyż przespał niemal całą drogę.

cdn.