Zion National Park

Do Cedar City, UT dojeżdżamy równo z zachodem słońca. Meldujemy się w hotelu mieszczącym się tuż przy zjeździe z autostrady i w zasadzie niedługo później kładziemy się spać. Mamy zamiar wstać wcześnie rano by zdążyć dojechać do pierwszego parku narodowego Utah, tj. Zion National Park, przed wschodem słońca.

Follow the paths where ancient native people and pioneers walked. Gaze up at massive sandstone cliffs of cream, pink, and red that soar into a brilliant blue sky. Experience wilderness in a narrow slot canyon. Zion’s unique array of plants and animals will enchant you as you absorb the rich history of the past and enjoy the excitement of present day adventures.

National Park Service, Utah’s First National Park

Z przykrością dla nas, jutrzenka postanawia nas powitać tuż przed wjazdem do parku. Odnoszę wrażenie, iż niewiele straciliśmy; cały czas znajdujemy się w dolinie i żeby w pełni skorzystać z warunków jakie stwarza świt musielibyśmy wspiąć się na któryś z okalających szczytów, czyli przyjechać tu przynajmniej dwie godziny wcześniej. Nic to, tankujemy samochód (zapomnieliśmy wczoraj), kupujemy wodę (zapomnieliśmy wczoraj) i patrzymy w biuletyn, by zobaczyć co też ten park oferuje (tak, zapomnieliśmy wczoraj). Plan jest w zasadzie prosty, gdyż Park podzielony jest na dwa główne obszary: Zion Canyon oraz Kolob Canyons, które położone są z zupełnie innej strony doliny, więc wizyta w nich tego dnia odpada. Jeśli zaś chodzi o ten pierwszy, w którym właśnie byliśmy, to można, a wręcz należy skorzystać z Zion Canyon Scenic Drive, by potem zawrócić lub wyjechać z parku krętą drogą i przez niemal dwukilometrowy tunel w stronę Mount Carmel.

Jedziemy przed siebie zastanawiając się gdzie by się tu zatrzymać. Mijając po drodze indykopodobne ptaki, stajemy przy początku szlaku prowadzącego do Angels Landing. Nie wyglądał on zbyt zachęcająco, toteż ruszyliśmy dalej. Gdy w końcu podjechaliśmy pod Weeping Rock, postanowiliśmy się przejść. Zostawiliśmy plecaki w bagażniku i zaczęliśmy piąć się w górę. Po chwili doszliśmy do skały, z której sączyła się woda – nic nadzwyczajnego, ale kawałek wcześniej szlak rozwidlał się by prowadzić na Observation Point wzdłuż East Rim Trail. Trasa o długości 13 kilometrów (w obie strony) miała nas wznieść ponad 650 metrów wyżej niż parking, czyli prawie 2000 metrów nad poziom morza, a więc oferować znakomity punkt obserwacyjny (jak sama nazwa wskazuje), z widokiem rozpościerającym się na cały kanion. Jako że dzierżyłem aparat, Wojtek wyprzedził mnie gdy przez chwilę robiłem zdjęcia, w związku z czym przez praktycznie cały czas wędrowaliśmy osobno.

Park Narodowy Zion zbudowany jest z piaskowców niesionych przez miliony lat i odkładających się warstwa po warstwie. Dzięki erozyjnemu działaniu wody trwającemu kolejne miliony lat możemy dziś podziwiać kręte wąwozy o fenomenalnych kolorach. Niesamowicie malownicze, jesienne kolory liści na drzewach rosnących w pomarańczowo-czerwonych skałach, a także mocno kontrastujące, głęboko błękitne niebo robią niebywałe wrażenie, jak również niespotykanie trudne warunki dla matrycy aparatu – odwzorowanie tutejszych widoków sprawia nielada wyzwanie. Szczerze polecam odwiedzenie tego miejsca. Kręte kaniony skutecznie izolują od zewnętrznego hałasu, co słusznie zauważył też Wojtek:

Wyprzedzam Michała i wszystkich pozostałych turystów i po kilkudziesięciu minutach mam całą okolicę dla siebie – w dolinie panuje nieprawdopodobna cisza, aż bijąca po uszach. Co kilometr robię sobie małą kilkuminutową przerwę, siadam na skale i cieszę się ciszą – u góry aż tak cicho nie jest ze względu na hałas z drogi w głównej dolinie, ale rekompensują to niesamowite widoki.

Wojtek Szkutnik, Dziennik Podróży

Widok ze szczytu faktycznie zapierał dech w piersi. Chwila zadumy zakończyła się jak tylko zauważyłem, że nieopodal biega jakiś myszoskoczek, który kradł ludziom z plecaków jedzenie. Zacząłem się za nim przez chwilę uganiać i robić zdjęcia. Zabawa skończyła się jak tylko zauważyłem za krzakiem urwisko. Jakaś nieznana mi siła kazała mi stanąć na jego krawędzi. Wojtek koniecznie chciał, żebym mu oddał kluczyki do samochodu na wypadek gdybym wybrał szybszą drogę w dół. Ha, aż taki głupi to ja nie jestem – jeszcze by mnie zepchnął zaraz po tym. Szlak (niemal w całej długości wybetonowany!) został obliczony na sześć godzin, jednak nam udało się go pokonać w niewiele ponad cztery – samo zejście trwało zaledwie 80 minut.

cdn.