Salt Lake City

Zanim zdecydowaliśmy się na wyjazd w dalszą drogę, postanowiliśmy zobaczyć czy przypadkiem w pobliżu Visitor Center nie można czegoś zjeść na ciepło. Nie obeszliśmy się smakiem. Zaraz obok był bar nazywający się, a jakże, Geyser Grill. Ciepła, co prawda dość rzadka, acz sycąca zupa minestrone, której amerykańskiej wymowy za cholerę nie mogłem wymyślić i wegetariański cheeseburger – what the hell? – rozgrzały całe ciało.

Po posiłku czym prędzej, znając warunki panujące na szosach, ruszamy z powrotem na główną drogę, która powiedzie nas na południe, przez Grand Teton National Park. Ze względu na zamknięte w zimie drogi, mamy do przejechania kilkadziesiąt mil więcej, a więc w sumie prawie 400 zanim znajdziemy się w motelu. Jako że bardzo ciężko prowadzi się auto na letnich oponach po grubym śniegu postanawiam, że wyprowadzę nas z parku, a potem się z Wojtkiem zmienimy. Pogoda zapowiadała się znakomicie, słońce wyszło zza chmur i wyglądało na to, że spokojnie dojedziemy do celu około godziny 22. Niestety tuż przed wyjazdem z Yellowstone i wjazdem do Grand Teton łapie nas śnieżyca tak ogromna, że jadąc zaledwie kilka metrów od brzegu jeziora dowiadujemy się o tym fakcie dopiero z map w telefonie. Momentalnie zwalniamy do ~25-30 mil na godzinę i przez dłuższą chwilę toczymy się tym żółwim tempem. Gdy dojeżdżamy do Jackson, WY jest już całkiem ciemno, ale na szczęście bez opadów – tankujemy więc do pełna i przesiadamy się.

Warunkami drogowymi nie cieszymy się zbyt długo. Prowadzę Wojtka dość chaotycznie, zamiast nadrobić kilkudziesięciu mil i wjechać na międzystanową wjeżdżamy na jakieś lokalne drogi, trochę przypominające te nasze – wąskie, o nienajlepszej nawierzchni. Padający gęsto śnieg sprawia, że ledwo co widać przed nami. Wojtek głęboko poirytowany wybraną trasą traci nerwy i jedzie bardzo agresywnie i ryzykownie – prawie zawsze przekraczając prędkość o ~15 mil na godzinę na bardzo krętej drodze. Po kolejnym moim upomnieniu irytacja bierze górę, wymieniamy się opiniami w ostry sposób i w końcu na kompletnym odludziu zamieniamy miejscami. Resztę trasy pokonujemy praktycznie w milczeniu i docieramy do motelu grubo po północy.

Na śniadanie budzimy się około godziny 7. Jest to chyba najlepsze do tej pory śniadanie motelowe/hotelowe – mnóstwo owoców, multum różnych rodzajów płatków śniadaniowych, wafli, chleba i dodatków. Po śniadaniu trochę odpracowujemy braki i przed dziesiątą jedziemy na chwilę do centrum miasta. Zatrzymujemy się przy ogromnym centrum handlowym. Niestety orientujemy się, że jest przecież niedziela i prawie wszystko jeszcze zamknięte. Szwędamy się chwilę po opuszczonym centrum po czym rozdzielamy – Wojtek idzie do multipleksu obejrzeć Argo a ja nie chcąc marnować jedynego dnia tutaj idę pozwiedzać. Miasto samo w sobie nie oferuje niczego ciekawego – jest po prostu nudne do bólu. To czego nie można mu jednak odmówić to cudnej urody widok Gór Skalistych, widocznych z niemal każdego miejsca.

Będąc jeszcze w Parku zaświtało mi w głowie, że skoro samochód, który wypożyczyliśmy jest prawie nowy – miał przejechane dopiero 10 tysięcy mil – to pewnie trzeba w nim robić regularne przeglądy. Oczywiście nikt nas o tym nie poinformował, mimo że mówiliśmy Jordanowi jaki jest cel naszej wyprawy. Naklejka na przedniej szybie samochodu sugerowała, że powinniśmy to zrobić jak najszybciej. Zatelefonowałem więc do wypożyczalni zapytać co powinniśmy zrobić i okazało się, że dobrze postąpiłem – przejechaliśmy już ponad 3000 mil, a jak się dowiedziałem podczas rozmowy, przegląd należy robić co około 3000 mil by nie utracić gwarancji. Skierowano nas do jakiegokolwiek najbliższego serwisu Firestone jaki znajdziemy, więc postanowiliśmy to załatwić, mimo niedzieli, tu na miejscu.

Przed odebraniem Wojtka z kina idę jeszcze umyć auto, które jest tak brudne, że aż wstyd nim jeździć. Potem zostawiamy samochód w serwisie i mając do dyspozycji godzinę wolnego czasu idziemy coś przekąsić. Niedziela w Salt Lake City daje się nam we znaki – wszystko pozamykane, jedyne co udaje nam się znaleźć to obskurny irlandzki bar, do którego Wojtek nie chce nawet wejść i jakiś lokalny bar z bilardem serwujący również jedzenie. W środku siedzi już sporo osób, więc decydujemy się do niego bez strachu o zatrucie pokarmowe wstąpić. Zamówione jedzienie okazuje się całkiem smaczne, a atrakcją tego miejsca jest dla nas to, że napoje zostały nam podane w… słoikach!

Posileni, wracamy po samochód, tankujemy do pełna, po raz pierwszy składamy dach (by po chwili na autostradzie go z powrotem rozłożyć) i ruszamy wgłąb Utah.

cdn.