Atak zimy

Następnym miejscem, które chcieliśmy zobaczyć po Badlands miał być najstarszy na świecie park narodowy – Yellowstone National Park. Jako, że o tej porze roku nie wszystkie wjazdy do niego są otwarte, najwygodniej nam było dostać się tam od strony północnej, z Livingston, MT.

Może się zdarzyć, że część zdjęć w tym wpisie jest w rzeczywistości autorstwa Wojtka. Od momentu awarii jego aparatu, korzystaliśmy na zmianę z mojego, próbując mniej więcej oznaczać zmiany. Kilka razy zdarzyło się, że o tym zapomnieliśmy i nie mogliśmy dojść co kto zrobił. Ale czy to aż tak ważne? Wpis inspirowany warunkami pogodowymi podczas mojego krótkiego pobytu w Trondheim, niemal identycznymi z tymi zastanymi w Parku.

W bardzo przystępnej cenie udało nam się zarezerwować pokój w hotelu Ramada w oddalonym od Livingston o około 25 mil Bozeman. Ruszyliśmy więc w drogę na zachód. Korzystając z ładnej pogody i bliskości, postanowiliśmy po drodze podjechać pod Mount Rushmore National Memorial, który jest pomnikiem, o którym chyba słyszał każdy, a składającym się z głów czterech prezydentów USA: Jerzego Waszyngtona, Thomasa Jeffersona, Theodore’a Roosevelta oraz Abrahama Lincolna. Przejeżdżając przez Rapid City zdecydowaliśmy się na szybki lunch w Arby’s. Zamówiliśmy po kanapce: ja wziąłem bułkę z poczwórną wołowiną, a Wojtek z mięsem z rozpływającym się cheddarem. Mimo tego, że zamówiłem pierwszy, i że Wojtek soją kanapkę już zjadł, wciąż czekałem. Gdy się przypomniałem, okazało się, hehe, że zupełnie zapomniano o moim zamówieniu (mimo, że byliśmy jedynymi dwoma osobami w środku). Zmartwiona i zażenowana tym faktem menedżerka lokalu, nie tylko zwróciła mi zapłaconą kwotę, ale też pozwoliła wybrać cokolwiek z menu całkiem za darmo. To się nazywa dobre podejście do klienta. :)

Wjeżdżając na górę mijamy gęste lasy i tak niesamowite formacje skalne, przebijające ziemię między drzewami, że aż trudno uwierzyć, że to miejsce jest oddalone od Badlands zaledwie o kilkanaście mil. Szlakiem poszukiwaczy złota wyjechaliśmy na praktycznie na samą górę, gdzie znajduje się wejście i – tak, standardowo – pobór opłat. Niestety przed wjazdem zostaliśmy przez strażnika poinformowani, że szczyt spowity jest mgłą i widoczność jest w granicach kilku metrów, więc nic nie zobaczymy. No cóż, musieliśmy obejść się smakiem, cudowną okolicą i trójką saren żerujących w okolicach parkingu. Jedziemy więc dalej, licząc że zdążymy jeszcze jakoś zobaczyć Devils Tower ale słońce zachodzi nim dojeżdżamy do Sundance, WY. Do przejechania zostało jeszcze ponad 400 mil.

Po zmroku zostajemy zaatakowani na autostradzie przez ostrą śnieżycę. Nieco głodni szukamy najbliższego rest area. Zjeżdżamy przez węzeł, kierowani znakami. Po dłuższej chwili, nie mogą znaleźć nigdzie miejsca, którego szukamy, orientujemy się, że coś jest nie tak. Wyjechaliśmy gdzieś w pola, coraz gęściej zasypywani śniegiem, nie widząc nic dalej niż 20 metrów od nas. Wlekąc się z prędkością dwudziestu mil na godzinę próbujemy odnaleźć wjazd na autostradę. Wtem, z pola, na drogę wyskakuje jakiś zwierz, prawdopodobnie jeleń i znika zupełnie tak szybko jak się pojawia. Jakoś udaje nam się wrócić na właściwą drogę, co nie oznaczało końca przygód. Nieoczekiwanie, jadący z naprzeciwka pickup z przyczepą kempingową wpada w lekki poślizg. Kierowcy udaje się opanować samochód, ale nie przyczepę. Obraca się ona na bok i sunie poboczem zmiatając ogromne ilości śniegu. Ku mojemu zdumieniu, żaden z przejeżdżających kierowców widzących to zdarzenie nie reaguje. Każę Wojtkowi zatrzymać się na poboczu, a sam biegnę kilkaset metrów w tył. Na szczęście nic nikomu się nie stało, a kierowca samochodu już powiadomił odpowiednie służby. Podziękował mi za zainteresowanie i pożegnaliśmy się, życząc wzajemnie spokojnej drogi.

Do hotelu dojechaliśmy dopiero po północy. Rano odrabiamy zaległości z pracy i wczesnym popołudniem wybieramy się do Parku. Wychodzę z hotelu i nie mogę uwierzyć w to co widzę: Ty! Widziałeś jakie góry?! cieszę japę pospieszajac Wojtka. Pogoda zapowiada się znakomicie, jednak ze względu na to, że tutejszy klimat jest górski, i uwarunkowany głównie położeniem nad poziomem morza (średnio 2400 m n.p.m.) jesteśmy przygotowani na wszystko. A przynajmniej tak nam się wydawało. Jak tylko wjechaliśmy do parku od razu rozpadał się śnieg. Udało nam się zobaczyć Mammoth Hot Springs, gdzie bardzo domarzłem – brak rękawiczek i czapki dał się we znaki. Ruszyliśmy wgłąb parku, zobaczyć co oferuje, ale nasze nadzieje na poprawę warunków spełzły na niczym:

Kilkanaście mil dalej robi się odcinek specjalny, z lodem pokrytym z wierzchu śniegiem – zawracając ledwo wyjeżdżamy ze śniegu, a przez całą drogę musimy bardzo uważać, bo samochód cały czas zarzuca na boki.

Wojtek Szkutnik, Dziennik Podróży

Na osłodę zostaliśmy pożegnani przez grupę pokaźnych jeleni.

Następnego dnia pogoda nie zachwycała, ale liczymy, ze warunki nie pogorszą się. Tym razem nie przeliczyliśmy się. Wczorajsze opady zostawiły co prawda po sobie dość grubą warstwę śniegu, ale przynajmniej nie padało. Głównym problemem okazał się brak zimowych opon tudzież łańcuchów śniegowych w Mustangu, które są polecane na większości z parkowych tras o tej porze roku. Nagromadzony śnieg sprawił, że poruszaliśmy się żółwim tempem. Park jest bardzo rozległy, ale oprócz Mammoth Hot Springs udało nam się również zobaczyć Biscuit Basin, Mud Volcano oraz erupcję Old Faithful, na którą trafiliśmy akurat na chwilę po przyjeździe w okolice Visitor Center. Niestety nie była ona zbyt spektakularna, gdyż gejzer nie wybuchł, a zamiast tego wrząca woda stopniowo wznosiła się ku górze generując przy tym olbrzymie ilości pary wodnej, która przesłaniała praktycznie całe wydarzenie.

cdn.